poniedziałek, 24 marca 2014

16. Jak wysuszyć fale i loki bez dyfuzora?


... czyli co zrobić, gdy jakimś cudem nie mamy pod ręką ów dobrodziejstwa, a włosy do stanu używalności jakoś doprowadzić trzeba. :)



Dzisiaj krótka foto - instrukcja suszenia, którego efekty pokazywałam wczoraj Nie będzie to nic odkrywczego, bardziej krótki opis ratowania się w sytuacji kryzysowej i podsumowanie, dlaczego niektórym taka opcja może się wydawać korzystniejsza, niż korzystanie z dyfuzora. ;)

1. Mycie i ugniatanie

 

Moje włosy nie mają jakiegoś wielkiego falo - potencjału. Po ugniataniu na odżywce i żelu robi się z nich skromne 2A, miejscami podchodzące pod 2B (ale te kosmyki bardzo szybko się prostują). Jeśli pozwolę im schnąć naturalnie, skręt zazwyczaj się trzyma. Jeszcze wilgotne wyglądają o tak:





... Czyli jak widać bez szału, ale mimo wszytko cieszą mnie i takie skąpe falki. ;)
 Ugniatam jeszcze ociekające włosy - najpierw na odżywce bez spłukiwania z Joanny, potem czerwonym żelem, a następnie mocniejszym żelem Loreto. Dzięki temu nie są tak bardzo wysuszone, jak po samym mocnym żelu. 







2. Suszenie

 

Do całego przedsięwzięcia wystarczy najzwyklejsza suszarka, dłoń i trochę żelu. 




 Włosy spięłam na czubku lekką klamrą i wypuściłam dwa pasma z tyłu głowy. Na dłoń naniosłam trochę żelu i "nabrałam" włosy bardzo podobnie, jak robi się to podczas ugniatania. Do dłoni przyłożyłam suszarkę z chłodnym nawiewem (inaczej parzy! :d) i suszyłam, zmieniając położenie suszarki i dłoni. I tak pasmo po paśmie, każde po kilka minut - zupełnie tak, jak podczas suszenia z dyfuzorem. 

Po lewej - pasmo już wysuszone, po prawej - jeszcze wilgotne.

 Widać niewielką różnicę w skręcie, nie jakąś fenomenalną, ale zawsze. Jak dla mnie i takie szczegóły są pocieszające. ;) Efekt końcowy już pokazywałam i przedstawia się o tak:


Spodnie warstwy jak zawsze chętniej i mocniej zafalaowały, niż wierzchnie. Jak zawsze zrobiło się trochę puchu, ale to stały punkt każdego suszenia, nie ważne, czy na prosto, czy nie. Dodam jeszcze, że na moich włosach nie widać różnicy między suszeniem z użyciem dłoni, a tym klasycznym z dyfuzorem. ;)


Plusy takiego suszenia:


  • używanie chłodnego nawiewu - mnie na początku bardzo trudno było nauczyć się tej cierpliwości przy suszeniu włosów chłodnym powietrzem. Trzymając je w dłoni po prostu nie mamy innego wyboru, więc jest to niewątpliwie dobry "przymuszacz" 

  • możliwość nakładania żelu - susząc w ten sposób można dokładać żelu na dłoń i odpowiednio dokręcać kosmyki - przy dyfuzorze bywa przy tym ciężko, ale tu już dużo zależy od jego rodzaju (mój np nie ma połowy ząbków, gdybym miała nałożyć żel na spodnią część, skleiłabym niewątpliwe tylko część włosów, a reszta nadal byłaby "naga")

  • mobilność - z tego sposobu można korzystać np. na basenie, podczas wyjazdów, nocy u znajomych i w innych kryzysowych momentach :>

  • ręką łatwiej jest odpowiednio ułożyć kosmyk - a przynajmniej ja ma problem, aby ułożyć włosy w dyfuzorze tak, żeby nie uciekały bokiem (ale to zapewne dlatego, że mój jest mały i szczerbaty :p). Ponadto czasami zdarza mi się dyfuzorem zbyt szarpać, używając własnej dłoni nie ma z tym problemu.


Próbowałyście kiedyś robić coś podobnego? Co u Was bardziej dokręca włosy - tradycyjny dyfuzor, czy awaryjna ręka? ;)

2 komentarze:

  1. Ja najczęściej używam żelu z siemienia lnianego , bo dodatkowo nawilża włosy i wydobywa skręt :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W moim przypadku żel lniany jest nieco za słaby, za to płukanka lniana świetnie nawilża i wygładza. :)

      Usuń

Serdecznie dziękuję za każdy komentarz! To ogromna nagroda i motywacja! :) Bardzo proszę - jeśli komentujesz jako Anonim, podpisz się. Fajnie wiedzieć, kto poświęca mi czas na zostawienie po sobie paru słów. :)

Na pytania odpowiadam bezpośrednio pod postami. Jeśli zależy Ci na szybkiej odpowiedzi - pisz śmiało na bubijum@gmail.com! :)



Komentarze służące tylko reklamie są usuwane. Wklejanie linków jest zbędne.

Linkin